- Rose! - zawołała czarodziejka. Niestety, odpowiedzi nie dostała, usłyszała tylko oddalające się echo. Zbliżał się środek nocy, więc w jaskini dziewczyna nic nie mogła dostrzec bez zapalonej pochodni czy innego oświetlenia. Akurat tego dnia rodzice musieli skonfiskować jej różdżkę, co uniemożliwiło użycia teraz odpowiedniego zaklęcia. Przeróżne myśli kręciły się jej po głowie. Nie miała pojęcia co robić. Ostatecznie podjęła głupią, ale jednocześnie mądrą decyzję - odważyła się wejść głębiej. Błądziła falowanymi korytarzami dobre kilkanaście minut wywołując co chwilę imię przyjaciółki. W końcu opadła z sił i usiadła obok małego strumyka źródlanej wody. "Wiedziałam, że się zgubi! Mówiłam, że nie powinna go szukać!" - denerwowała się w swoich myślach. Z początku czuła gniew do Rose, ale później otoczyło ją mocne poczucie winy. Czas upływał... Eileen wydawało się, że już minął długi tydzień, ale na szczęście to nie była prawda.. Po krótkiej, co prawda niewygodnej, drzemce ruszyła dalej. Wciąż szła i skręcała losowymi, nowymi ścieżkami, chociaż wszystko wydawało się takie same. Po około godzinie znalazła się w tym samym miejscu, co na początku, a przed sobą miała wyjście do zielonego lasu. Zaskoczyło ją to, że do tej pory nikt nie zdał sobie sprawi, że ani Rose, ani Eileen nie było przez całą noc. Tak, niebo było jasne, błękitne jak każdego ranka, a słońce błyszczało mocniej niż zazwyczaj. Brązowowłosa wydostała się z jaskini i rozejrzała dookoła siebie. Jej wzrok zatrzymał się na czterech dorosłych istotach kłócących się ze sobą kawałek dalej. Szybko ukryła się za najbliższymi krzakami i spróbowała podsłuchać rozmowę.
- Wasza córka powinna pilnować naszej Rose! Powinna ją ostrzec - krzyczała matka jej przyjaciółki.
- Zauważ, Katrino, że obie się zgubiły. My też straciliśmy córkę - broniła się matka Eileen.
- To już nie moja sprawa co się stało z Eleonorą. Macie gadać co zrobiliście z naszym dzieckiem!
- Elieen. Nie jakaś tam Eleonora! - poprawiła ją Jane.
- Jeszcze jedno słowo nie na temat, a obiecuję, że wbiję moje ostre kły prosto w Twoją szyję! - zaczęła grozić wampirzyca.
- Kari, spokojnie... Wszystko będzie dobrze - próbował uspokoić swoją żonę pan Stanford.
- Bardziej liczą się utalentowane dzieci, takie jak Eileen, a nie kolejne, nędzne wampiry, które tylko marnują krew idealną do eliksirów - dołączył się ojciec czarodziejki. Był zadowolony ze swojej inteligentnej wypowiedzi. Wtedy Eileen poczuła, że jakaś zimna ręka chwyta jej ramię. Powoli się odwróciła i zobaczyła mocno skaleczoną Rose, całą we krwi. Przestraszona wyskoczyła z krzaków, będących jej kryjówką, i podbiegła do swoich rodziców. Za nią wyszła Rose, popatrzyła na rodziców z chytrym uśmiechem i zniknęła w krzakach róży...
________________________________________________________________
Cześć, witam Was po prologu. Łączę szczerą nadzieję,że się podobało.
Koko
To dopiero nasze początki, więc nie jest idealnie, ale z czasem będzie lepiej ;).
(Już pracujemy nad rozdziałem 1)
Zuzu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz